Sylwia Chutnik i Karolina Sulej o „Ostatniej powieści Marcela”

Ta książka głównie opowiada o braku i o niespełnieniu. Zarówno pisarskim, jak też romantycznym, tożsamościowym i po prostu – egzystencjalnym. Jak pisze Tubylewicz, „brak zajmuje w człowieku bardzo dużo miejsca”
Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej
Sylwia: Główny bohater jest pisarzem, marudnym i egocentrycznym. Rozwodnik w kryzysie twórczym. Do tego jeszcze z kompleksem „gorszego brata” i zbyt mało kochającego syna. Marcel przysposabia się do napisania powieści, ale dręczy go niemoc twórcza i coraz bardziej niepokojące problemy zdrowotne. Wydaje się, że psychosoma jest tu ciekawym tropem.Karolina: Jaki kraj, taki Hank Moody (bohater serialu „Californication”). Marcel jest dla mnie ziszczonym koszmarem każdej czytelniczki i pisarki. To zwyczajny, jak to się mówi potocznie, „dziad” w kryzysie wieku średniego. I ten nasz polski Hank poznaje Hannę. Z pozoru idealny materiał na stereotypową muzę pisarza – młoda, piękna, zagubiona, z kompleksem prowincjuszki.

Sylwia: W schemacie, który Stephen King opisywał jako „Urocza, Niezależna Młoda Kobieta Spotyka Fascynującego Nieznajomego”, należałoby zrobić kilka dopowiedzeń. Po pierwsze, ta niezależna kobieta jest praktycznie bezdomna, a fascynujący jest znajomym, a przynajmniej znanym jej twórcą, którego podziwia. Spotykają się w pociągu, są między nimi dąsy, niedopowiedzenia, ale i wzajemny zachwyt. Wreszcie Hanna ląduje w mieszkaniu Marcela. Ale okazuje się, że nie jest potulną fanką zapatrzoną w mistrza. Zastanawiam się jednak, na ile powieść Tubylewicz łamie schemat i z nim gra, a na ile go podtrzymuje.

Karolina: Co masz na myśli, mówiąc: schemat?

Sylwia: Że z jednej strony portret twórcy w kryzysie kreślony jest tu ironicznie, autorka jakby z namysłem wykorzystuje te wszystkie klisze: ładne i młode dziewczyny, cierpienie przy pisaniu, jazgocząca matka. Ale czasami miałam wrażenie, że opowieść podtrzymuje ten sposób konstruowania fabuły. Że wyłom jest zbyt skromny.

Karolina: Mnie się skromność wyłomu wydaje celowa. Jest w tej powieści wiele postaci, które opakowują się w ciasne role, z których trudno im wyjść. Tubylewicz sugeruje, że to przypadłość nas wszystkich – grzęźniemy w naszych personach. Czasem tylko, i zawsze jest to cud, trafiamy na kogoś, kto wytrąca nas z równowagi. Jak mówi jedna z bohaterek: naprawdę nas widzi. A my widzimy jego.

Cały artykuł znajdziesz na stronie internetowej „Wysokich obcasów”