Recenzje „Ostatniej powieści Marcela”

 

z tv

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mądra, przejmująca i dowcipna powieść o schematach relacji międzyludzkich i o sile wrażliwości, która pozwala je przełamać. I co najważniejsze – kobiety mają tu naprawdę sprawczą i twórczą moc!

Agnieszka Glińska

Tubylewicz opowiada o tworzeniu się kobiecej tożsamości, ale też o procesie pisania, o tym, jak trudno stworzyć niestereotypowych bohaterów, przede wszystkim kobiety.
Justyna Sobolewska
Piękna, przemyślana i wnikliwa książka, która porusza poważne tematy. Jest tu miłość, niespełnienie, rozpacz, wpływ przeszłości na teraźniejszość, kryzys twórczy, niemoc i zachwyt. 
Aneta Kwaśniewska
Romantyczne, środowiskowe i pisarskie sekrety pokazują swoje drugie dno. Zaskakujące i nieoczywiste.
Agata Tuszyńska
„Ostatnia powieść Marcela” skrzy się świetną narracją, trudnymi do uchwycenia detalami, które w efekcie tworzą genialną całość. Chciałoby się więcej takiej prozy.
Katarzyna Stec
Przewrotna i wciągająca lektura.
 Andrzej Saramonowicz
Tubylewicz stworzyła prawdziwy portret wiecznego Piotrusia Pana. Jednak to kobiety grają tu pierwsze skrzypce, na niepokojącą nutę.
Grażyna Plebanek
Cieszę się, że zdarzają się tak niejednoznaczne opowieści, w konfrontacji z którymi pozostajemy w pewnej czytelniczej niepewności. W tej książce jest niepokój, wyraziste emocje, czytelne motywacje bohaterów i dwuznaczne ich działania. Tubylewicz rozprawia o tym, że prawdziwe spotkanie z drugim człowiekiem, które odmieni nasze życie, może mieć miejsce w każdej chwili.
Jarosław Czechowicz

 

„(…) „Ostatnia powieść Marcela” opowiada o procesie twórczym, o literackiej niemocy oraz nagłych przypływach radości tworzenia. Dyskusja o konstrukcji powstającej powieści, losach jej bohaterów, jaką prowadzą uznany autor kryminałów oraz pisarka in spe, zamienia się w dyskusję o sytuacji kobiet w XIX w. i aktualnie. Hanna, broniąc kreowanej przez Marcela wieśniaczki, daje wyraz swoim przeżyciom, spostrzeżeniom, ograniczeniom. Pod jej wpływem tworzona w książce książka zyskuje głębię, czytelnik zaś obserwujący fabularny proces, zyskuje część mocy kreatora…

Istotną rolę w kompozycji powieści odgrywa paralelizm. Autorka pokazuje proces dojrzewania dwóch nastolatek, z których jedna przekształca się w piękność, a druga w brzydulę. Obie postrzegane są wyłącznie przez cielesność i obie w swojej fizyczności czują się źle.

(…) Czytelnik znajduje tu ciekawe obrazy polskiej prowincji z jej marazmem, hipokryzją i, mimo wszystko, dobrymi ludźmi. Są migawki życia stołecznego i krótko, choć wyraziście zarysowane różnice między życiem w Polsce a Skandynawii. Ale przede wszystkim wyłania się moc kobiet. Bo nad męskimi bohaterami, niedojrzałymi, łatwo poddającymi się fali życia,dominują dające sobie radę kobiety (…) powieść Tubylewicz nie jest tendencyjna, tylko mądrze złożona.”

Małgorzata Kąkiel, „Nowe Książki”

„(…)Od samego początku lubimy Hannę. Nowa sekretarka nie daje się pisarzowi-szowiniście, podrzuca mu – do przemyślenia – feministyczne poglądy, proponuje zmianę jego książki, wskazuje na słabości jego kobiecej bohaterki, Przepisuje go, po prostu. A Marcela lubić się nie da, choć jakoś go rozumiemy, współczujemy – zwłaszcza gdy czytamy o jego cierpieniach, jakich doznał od starszego brata, który po kryjomu go torturował. Ale wszystko to, nawet jego cierpienia są groteskowe. Groteskowość Marcela – począwszy od jego imienia, ironicznie odnoszącego się do symbolu pisarza tworzącego w bólu i chorobie, Marcela Prousta – opiera się nie tylko na tym, że jest idealnym efektem szowinistycznej kultury środowiskowej: w której kobieta, zwłaszcza ładna, a na dodatek z prowincji, nie powinna być mądra („czytała Haideggera?, s. 16), w której relacje romantyczne powinny ograniczać się do szybkiego seksu i w której matki są histeryczkami i starzejącymi się wiedźmami z nadopiekuńczym instynktem. Groteskowość Marcela opiera się także na konstrukcji jego sposobu opisu świata, którą nazwałabym sentencyjną. Marcel widzi świat przez krypto- cytaty, okrągłe zdania, mądrości („piekło introwertyka to przedział pociągu, zatęchły od niechcianych zwierzeń…”, s. 8). Na takim poziomie Tubylewicz utrzymuje kreacje Marcela – który pozostaje butny i narcystycznie zdystansowany, a jednocześnie nieautentyczny i fasadowy, jakby w ten sposób miał być po prostu doskonałym przedstawicielem kultury szowinistycznej. Autorka co prawda wprowadza „zmiękczacze” dla tej niesympatycznej postaci: że znęcający się brat, że córka go nie rozumie, że żona… ale niewiele to pomaga. Marcel w zamyśle ma być postacią plastikową, bo o tę nieautentyczność – manieryzm, przerost samooceny, kompleks wielkości, efekciarstwo – oskarża Tubylewicz polskich intelektualistów. I jest to bardzo odważna kreacja, krytyka bezpośrednia, którą niektórzy mogą odebrać jako osobisty atak. (…)

Najcenniejsze wątki w powieści Tubylewicz to wątki, związane z kobietami: opis dorastającego ciała Hanny, które musi być uspołecznione („czas powiedzieć mamie, żeby kupiła ci staniczek”, s. 60), wątek zamknięcia na prowincji (matka Hanny, Krystyna i jej uwięzienie w małżeństwie z innym

nieudacznikiem) oraz wątek wyobcowania – matki emigrantki, dla której wyjazd z Polski jest jedyną szansą (choć pewnie inni zobaczą w tym wątek eurosieroctwa). Wątek lesbijski (córka Marcela fascynuje się przyjaciółka artystką) jest także w powieści „rozwiązany” eksponując mechanizmy męskiej kontroli: ojciec, aby pokazać córce „prawdziwe” oblicze przyjaciółki – po prostu ją uwodzi). (…)

Niewątpliwie genderowa perspektywa w „Ostatniej powieści Marcela” jest najistotniejsza i nie chodzi tutaj bynajmniej o wulgarną perspektywę: mężczyźni źli – kobiety dobre, ale wytknięcie całego stosu społecznych, kulturowych i językowych pułapek (spotkania intelektualne – przypominają już tak dawno wyśmiany mały światek przez Davida Lodge’a; rodzinne rytuały wydają się polską wersją Rodziny Adamsów; wspomnienia politycznego zaangażowania – są jak z kabaretu).

Co jednak zrobić z taką kreacją mężczyzny? Po co nam Marcel? Gdyby mężczyźni przeglądnęli się na serio w tym literackim lustrze, musieliby przemyśleć tę krytykę, być może wszcząć dyskusję, zastanowić się, dlaczego ten negatywny paradygmat współczesnego faceta jest jednak dominujący….”

Urszula Chowaniec, „Zadra”

 

„(…) Marcel jest autorem poczytnych kryminałów, sensem jego życia jest pisanie, a właściwie męka niemożności pisania. Związki mu się porozpadały, zostały papierosy, wino i tęsknota za nieobecną córką. Ten portret sfrustrowanego pisarza jest udany właśnie dlatego, że nie jest czystą karykaturą. Przekonujące są męki Marcela, który zasiada i zamiast pisać, wpisuje w wyszukiwarkę swoje nazwisko (sprawdza, co o nim napisano) i frustruje się jeszcze bardziej. A poza tym zastanawia się, „jaki sens ma pisanie powieści w świecie, w którym wszyscy chcą być pisarzami, a nikt nie chce czytać?”. Ten wyleniały kobieciarz spotyka w pociągu Hannę. Ma nadzieję na romans, a jeśli nie, to chociaż chciałby mieć idealną sekretarkę albo strażniczkę swojej twórczości. Tymczasem ich relacja jest zupełnie inna – nawzajem wpływają na siebie. Udał się również portret Hanny, dziewczyny, która płaciła za swoje piękno wysoką cenę. Widzimy grozę dojrzewania, kiedy Hanna z dnia na dzień z dziecka stała się obiektem pożądania. Tubylewicz opowiada o tworzeniu się kobiecej tożsamości, ale też o procesie pisania, o tym, jak trudno stworzyć niestereotypowych bohaterów, przede wszystkim kobiety.”

Justyna Sobolewska, „Polityka”

http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/ksiazki/1655662,1,recenzja-ksiazki-katarzyna-tubylewicz-ostatnia-powiesc-marcela.read

„(…)Katarzyna Tubylewicz zachwyca stopniowym rozwojem fabuły i niespiesznym odkrywaniem przeszłości postaci. Mnogość metafor i trafnych życiowych spostrzeżeń sprawia, że powieścią można się cieszyć po wielokroć. Tę książkę trzeba czytać dokładnie, gdyż wielowarstwowość wątków i powiązań między występującymi w niej osobami wymaga uwagi i wnikliwej analizy. Dotyczy to zarówno głównych bohaterów, jak również drugoplanowych postaci. Każda z nich ma kilka psychologicznych warstw, a ich odkrywanie doprowadza do powstania misternej układanki złożonej z drobnych i, wydawać by się mogło, nic nie znaczących detali.

Autorka subtelnie, nienachalnie ale jakże skutecznie pokazuje, że ocenianie człowieka po pozorach jest błędem. Tylko czas, zaangażowanie, brak powierzchowności i odrobina uwagi może pozwolić na odkrycie tych istotnych drobiazgów, które tkwią w człowieku.

Piękna, przemyślana i wnikliwa książka, która porusza poważne tematy. Jest tu miłość, niespełnienie, rozpacz, wpływ przeszłości na teraźniejszość, kryzys twórczy, niemoc i zachwyt. Jest też finał, który niesie nadzieję.

Aneta Kwaśniewska

http://ksiazkiweterze.pl/k2/w1/2016/04/10/katarzyna-tubylewicz-ostatnia-powiesc-marcela-wielka-litera/

„„Ostatnia powieść Marcela” nie jest książką łatwą. Powolne zanurzanie się w niej rodzi jednak tylko satysfakcję. Właśnie dlatego uwielbiam elokwentny styl pisania Katarzyny Tubylewicz. Budowanie historii, w której każde zdanie jest przemyślane i trafione w punkt, to niebywała praca, która się opłaca. Mile zaspokaja oczekiwania wymagającego czytelnika. Tak też dzieje się w przypadku tej książki. Można ją odkrywać warstwami. Interpretować na kilku płaszczyznach. A każda z nich jest dopracowana od początku do końca. (…)

Moją uwagę szczególnie przykuł motyw kobiecości. Ukazana jest ona tutaj jako pułapka, w której można się zakleszczyć na tyle mocno, że każda próba uwolnienia z niej przynosi dyskomfort psychiczny. Zaskakujące jest to, że choć głównym bohaterem jest mężczyzna, to ciężar narracji został również złożony na barkach Hanny. Zderzenie tych dwóch światów, ich spojrzenie na kobiecość bezlitośnie pokazuje, że postrzeganie przez pryzmat ciała to droga donikąd.

„Ostatnia powieść Marcela” skrzy się świetną narracją, trudnymi do uchwycenia detalami, które w efekcie tworzą genialną całość. Chciałoby się więcej takiej prozy.”

Katarzyna Stec

https://katarzynastec.wordpress.com/2016/04/14/ostatnia-powiesc-marcela-katarzyna-tubylewicz-recenzja/

„(…) Katarzyna Tubylewicz zręcznie manipuluje czytelnikiem, który spodziewa się płomiennego romansu i przewiduje trudności, jakie staną na jego drodze. Młoda dziewczyna poszukująca pracy w stolicy i pewny siebie pisarz po pięćdziesiątce, który jest przekonany, iż kobiety służą w dużej mierze do używania. Nic nie jest jednak tym, czym się wydaje. Ostatnia powieść Marcela” jest historią wskrzeszania się z przeszłości i stawania na nowo. W zaskakującej relacji, do której żadna ze stron nie jest gotowa. To książka o tym, kim się stajemy w opowieściach innych i jak zmieniamy się, kiedy otrzymamy zaskakujące informacje zwrotne na temat tego, co robimy. Charakterystyka obojga bohaterów jest nad wyraz wieloznaczna. Duże znaczenie ma to, co przeżyli, i świadomość tego, kim się przez to stali. To także opowieść o starciu płci. O tym, że ich konfrontacja zawsze doprowadza do zmian i że można ujrzeć świat z innej perspektywy, jeśli przełamie się uprzedzenia i konwenanse.

Proza Tubylewicz to także traktat o tym, że staramy się sporo z siebie zapomnieć, by budować życie na innych zasadach niż te podejrzane w toksycznej rodzinie. Dysfunkcyjność tej rodziny nie jest u pisarki przedmiotem krytyki czy uważnej analizy. Ona jest nakreślona przede wszystkim po to, by można było zrozumieć motywacje bohaterów, którzy w taki, a nie inny sposób zbudowali sobie swe dorosłe życie. To jednak książka także o bliskości, a może nawet przede wszystkim o niej. O bliskości bardzo specyficznej. W tej prozie frustracja zderza się z życiowym entuzjazmem. Schematy myślowe ze świeżością nowej perspektywy. To książka o prawdziwym spotkaniu dwojga ludzi. O podmiotowym traktowaniu inności i o tym, że można ulec zmianie w najbardziej zaskakującym momencie życia. Bo nagle wszystko może się zmienić…

 „Ostatnia powieść Marcela” to rzecz w dużej mierze ironiczna i na tyle wieloznaczna, że może być odczytana także jako proza o feministycznym charakterze. Czy to wszystko o tym? Czy starcie płci naprawdę determinuje odbiór tej książki? Cieszę się, że zdarzają się tak niejednoznaczne opowieści, w konfrontacji z którymi pozostajemy w pewnej czytelniczej niepewności. W tej książce jest niepokój, wyraziste emocje, czytelne motywacje bohaterów i dwuznaczne ich działania. Tubylewicz rozprawia o tym, że prawdziwe spotkanie z drugim człowiekiem, które odmieni nasze życie, może mieć miejsce w każdej chwili.”
Jarosław Czechowicz, Krytycznym okiem, 
„(…) W świecie Tubylewicz dojrzewają przez konfrontację z mężczyznami: jak córka Marcela, wymykająca się wyznawanym przez ojca seksistowskim stereotypom, i matka Hanny, gdy zaczyna nowe życie za granicą. Ale ofiarami patriarchalnych klisz są tu też mężczyźni, zbyt słabi, by udźwignąć narzucone role.”
Piotr Gajdowski, Newsweek
„(…) Jestem pod ogromnym wrażeniem języka Autorki, który jest niezwykle plastyczny, mięsisty, barwny. Katarzyna Tubylewicz napisała szczerą, wciągającą powieść pełną realistycznych postaci, która dotyka takich tematów jak kryzys twórczy, poszukiwanie inspiracji, ciężkie i samotne przede wszystkim życie pisarza, poszukiwanie własnej tożsamości, samotność, dramat rodzin rozdartych przez emigrację….”
Agatha Rae

Najnowsza powieść Katarzyny Tubylewicz zrobiła mi kłopot i w pewnym sensie, jak u tytułowego bohatera, zablokowała pisanie na czas jakiś. Bo mógłbym się ograniczyć do prawd niepodważalnych o tej książce: świetnie wymyślona historia, niezwykle sprawnie złożona; trzyma w napięciu, czasami bawi, zmusza do myślenia, porusza emocje. Do tego podejmuje tematy w polskiej prozie niedotykane dotychczas (m.in. „eurosieroty”, ich dorastanie i wchodzenia w życie). Słowem świetna literatura obyczajowa, która w Polsce ma się źle, bo przecież polska proza jest nie o opowieści tylko o języku, względnie o umieraniu lub pomazanych rezystancjach egzystencji (sic!), kolejnych definicjach i rzyganiach Polską i polskością, a jak już obyczaj to zapada się w słodko-przaśnych opowieściach romantycznych; to oczywiście uproszczenie, ale zdaje się uzasadnione. A tu mamy świetną prozę, do tego opisy ruszające zmysły, plastyczne i niebywale rytmiczne. Słowem „Ostatnia powieść Marcela” to nie tylko wartość i przyjemność sama w sobie, ale także mocny obyczaj, którego polska proza potrzebuje jak diabli czyli chwała i dzwony dla Tubylewicz razy dwa!

Jednak takie ujęcie byłoby płytkie i, choć prawdziwe, mocno niepełne – czułem to przy pierwszym podejściu do pisania o powieści Tubylewicz, a było to zaraz po premierze… Aż nagle wydarza się spotkanie m.in. z Urszulą Chowaniec („Kto się boi pisarstwa kobiet” w Bibliotece na Koszykowej u Wojtka Albińskiego), a potem Virginie Despentes – nie tylko jej genialna powieść „Vernon Subutex”, ale także eseje „Teoria King Konga”. To wszystko razem wzięte, ale także i czas, i namysł, i kilka podsłuchanych i przeczytanych rozmów / tekstów wokół „Ostatniej” zrobiły swoje…

Otóż w prozie Tubylewicz dominuje męski świat i mężczyzn oglądanie; dominuje w sensie jakościowym, w sensie eksploracyjnym, w sensie głębokości zanurzenia narracji, języka i wejrzenia pisarskiego. W „Ostatniej” najmocniejsze i najbardziej złożone postaci to postaci mężczyzn – Marcel, jego brat (kapitalne sceny obiadku u mamusi i retrospekcji pełnej przemocy między braćmi i bolesnej nieobecności matki), ojciec Hanny… Postaci kobiet natomiast, choć ciekawe, pełne zaskoczeń i zwrotów akcji, tej siły już nie mają, a jak w przypadku Hanny są nie tylko niewiarygodne (nagłe, ni stąd ni zowąd przeobrażenie), ale także potraktowane pobieżnie, w pośpiechu. Z wywiadów Katarzyny Tubylewicz wiem, że pisanie o Marcelu zablokowało i samą Pisarkę na czas jakiś, że męki twórcze tytułowego bohatera stały się udziałem Autorki; opłaciło się (czytelnikowi), bo to widać, widać we wspaniale skonstruowanych światach mężczyzn, w ich relacjach, w rozpaczliwej walce o wpojone „milion lat” temu wzorce męskości, w wyparciach, w samotności i słabości – tej słabości, która nie pozwala im się zmieniać lub spycha jakiekolwiek próby zmian w porażkę, katastrofę i niemą śmierć. Tubylewicz tworzy wielkie, w polskiej prozie obyczajowej nieobecne (w sensie wiarygodności i jakości), obrazy świata mężczyzn; ta wielkość polega na detalicznym, uważnym i pełnym czułości składaniu mikrohistorii, mikroodczuć, przywoływaniu wspomnień lub – jak w przypadku ojca Hanny – precyzyjnym zapisie upadku, chłodnym, choć ciągle z zachowaniem czułości. Tubylewicz składa kawał mocnej prozy z tego, co Despentes nazwała brutalnie, niemal publicystycznie:

„Kobiety zmieniają się stopniowo wraz z wiekiem. Starają się zrozumieć, co im się przydarza. Mężczyźni tkwią w miejscu, heroicznie, a potem od razu się poddają.”**

… przy czym wspaniałości powieści Tubylewicz rozciągają się wyłącznie na mężczyzn; tam, gdzie dotyka kobiet obrazy stają płytsze, czasami papierowe, choć ciągle płynnie i brawurowo opowiedziane.

Myślę sobie, że to w równym stopniu wyraz siły kobiecej literatury, jak i jej słabości. Jakby Pisarka, chcąc udowodnić, że potrafi skonstruować światy męskie, całą siłę i uwagę wyczerpuje w tym aspekcie; robi to kosztem swoich bohaterek, jakby pisała przede wszystkim dla facetów, jakby było to wyzwanie rzucone pisarzom i czytelnikom-facetom…

Dlaczego Hanna, kluczowa bohaterka „Ostatniej”, potrzebuje aż dwóch mężczyzn (a licząc ojca – trzech) do tego, żeby dojrzeć, skontaktować się ze sobą, ze swoją siłą… Dlaczego dojrzewanie Hanny, jej wzrastanie w pewność siebie i twórczość, nie dzieje się w żadnym, najmniejszym nawet stopniu przez kobiety?! Dlaczego kobiety są tu w ukryciu, a ich przemiany są ciche, skrywane (Hanna), przemilczane, inercyjne (matka Hanny), ucieczkowe (córka Marcela i Hanna) albo stereotypowe (babka Hanny) i zawsze, ale to zawsze w relacji / kontrapunkcie do mężczyzn? Tę interpretację potęguję też zabieg, który przyjęła Tubylewicz – Marcel w 95% jest złożony poprzez narrację w pierwszej osobie liczby pojedynczej, a bohaterki-kobiety w trzeciej osobie… Są tylko dwie, za to kapitalne sceny, w których kobiety są w natarciu, w których pozwalają sobie na otwarte ukazanie siły, w których, przy okazji, miażdżą facetów (rozmowa Marcela z jego córką, która odsłania cały jego mizoginizm; i rozmowa Hanny z Marcelem o kobiecej postaci z jego powieści); niestety zaraz potem bohaterki wracają na swoje pozycje, milkną, jakby przestraszone tym, co właśnie zrobiły, wracają do kąta… Próbie odwrócenia tego w finale powieści brakuje niestety wiarygodności…

Wydaje mi się, że tę moją skrajnie subiektywną opinię potwierdzają także wydarzenia i rozmowy wokół tej powieści. W rozmowie Tubylewicz z Anną Dziewit-Meller (‪#‎Bukbuk) obie Panie lekko ironizują z tego, że faceci będą mieli „problem” z tą powieścią, że panowie skwitują ten tekst śmiechem lub machnięciem ręki w stylu „ach ta kobieca proza” – jednak obie Pisarki same to robią(!); żadnego odważnego ataku – unikają nazwania tego po imieniu, wprost czy nawet brutalnie; ba! – obie Panie także się zaśmiały nad kawką, machnęły ręką na cały system męskiej przemocy w polskiej kulturze i ciach! po temacie…

Innym, przerażającym w swej wymowie wydarzeniem jest recenzja „Ostatniej” w Newsweek’u. Autor (mężczyzna) tejże recenzji pisze nie tylko, że Marcel przeleciał Hannę, ale jakie to wspaniałe (kulturowo-psychologicznie!) spostrzeżenie Pisarki… tylko, że w całej powieści nie ma takiego wydarzenia, a napięcie między Hanną a Marcelem i jego bardzo kontr-stereotypowe skonsumowanie jest ważnym, żeby nie powiedzieć konstytutywnym, motywem całej powieści. Jeszcze bardziej przeraża dyskusja wokół tejże recenzji walnie współtworzona przez kobiety (w tym pisarki): że to wpadka, że świat tak pędzi, że już recenzent nie ma czasu doczytać recenzowanej książki; cała dyskusja kończy się niemal współczuciem i narzekaniem na stawki i nikłą obecność kultury w polskich mediach… No żesz kurwa mać! Przecież nie o pomyłkę tu chodzi tylko o czystą przemoc! Przecież to jest motyw, o którym trzeba pisać – ostro napierdalać, szydzić i kontrować! Ale nie, jakoś tak przeleciało, że pewien recenzent tzw. tygodnika opinii posadził takiego kasztana…

A już kuriozalny był wjazd pewnego wybitnego (fakt) i zasłużonego (fakt) redaktora i wydawcy na profil Autorki, gdzie ów pan pół postu poświęcił na jakiś mało znaczący błąd redaktorski w „Ostatniej” (bo przecież błędy redaktorskie w powieściach mężczyzn nie zdarzają się nigdy), żeby na końcu napisać, że powieść jest słaba i że mu przykro, że Pani zajmująca się czytelnictwem pisze takie rzeczy – i to wszystko oczywiście bez słowa uzasadnienia, co w przypadku opinii o książkach mężczyzn nie ma miejsca nigdy, a jeśli już jest wyrazem obciachu i nieuczciwości. Tu także Panie pisarki, licznie profil Autorki odwiedzające, ten niewątpliwie prymitywny pasztet rzeczonego redaktora przełknęły niemal z uśmiechem – albo przemilczały, albo półgębkiem coś tam odpowiedziały, żeby zaraz zamilknąć w tej kwestii.
„No i chuj, no i cześć!”, że powtórzę za Szczerkiem.

Drogie Panie – to Wam pozwalam sobie polecieć obie książki Virginie Despentes, zachęcając Was do wynalezienia nowego języka, a tymczasem może do sięgnięcia po słowniki wulgaryzmów, do większej odwagi w waleniu chłopów po ich ryjach, bo jak świetnie pokazuje powieść Katarzyny Tubylewicz pod tymi gębami gąbka jeno, dygot i czysta niepewność. Męska na wskroś kultura sama się nie przewróci.

Marcin Bełza