Książki są najważniejsze – rozmowa ze szwedzką wydawczynią, Doroteą Bromberg

Tata chciał lasy zamieniać w książki. Bo bez Spinozy nie bylibyśmy ludźmi. Rozmowa ze znaną szwedzką wydawczynią, emigrantką z Polski Doroteą Bromberg

Spotykamy się dzień przed świętem Midsommar, nocą świętojańską. Wielu mieszkańców Sztokholmu jest w drodze do swoich letnich domów, ale Dorotea Bromberg jeszcze pracuje. Odwiedzam ją w siedzibie wydawnictwa Brombergs, które założyła w Szwecji ze swym ojcem Adamem Brombergiem, kiedy po Marcu ’68 znaleźli się na emigracji. Owalny pokój szefowej znajduje się w niemal bajkowej wieży, z okien widać dachy szwedzkiej stolicy.

Dorotea Bromberg jest czołową postacią szwedzkiej branży wydawniczej i osobowością medialną. Prowadzi spotkania literackie, na które przychodzą setki ludzi. Ale zaczynamy nie od literatury, tylko od wydarzeń, które 42 lata temu zmusiły rodzinę Brombergów do wyjazdu z Polski.

Katarzyna Tubylewicz: Pani ojciec Adam Bromberg był przez wiele lat szefem Państwowego Wydawnictwa Naukowego, to on m.in. zainicjował i zakończył prace nad Wielką Encyklopedią Powszechną PWN. W kwietniu 1968 r. został usunięty z PZPR, władze zarzuciły mu brak nadzoru politycznego i ideologicznego nad działalnością wydawnictwa, w którym już od trzech lat nie pracował. W wyniku wydarzeń z marca 1968 r. został aresztowany pod zarzutem narażenia PWN-u na straty finansowe.

Dorotea Bromberg: Wydawcę zawsze można oskarżyć o przestępstwa finansowe. To miał być proces pokazowy. Zarzucano mu też udział w ”syjonistycznym spisku” żydowskich wydawców na całym świecie, którego celem miało być sprzedanie Polski Zachodowi, jakoś tak to mniej więcej brzmiało. Zwolniono go również z pracy w Państwowych Zakładach Wydawnictw Szkolnych.

Któregoś rana w czerwcu 1969 r. zrobiono nam w domu rewizję i ojciec zniknął. Nie wiedziałyśmy z mamą i siostrą, gdzie jest. Dzwonili do nas obcy ludzie, mówili, że się powiesił. Potem okazało się, że jest w areszcie.

Wszystko było starannie przygotowane. Zebrano przeciw niemu dziesiątki fałszywych zeznań. Pokazano mu podpisy przyjaciół, współpracowników, zostali zmuszeni, by to zrobić; niektórzy odmówili i też stracili pracę. Trwała intensywna medialna kampania przeciw ojcu, informowano społeczeństwo, że ma w Szwajcarii wielkie konta bankowe, że spiskujemy przeciw narodowi.

Ojciec zaczął w areszcie strajk głodowy. Po kilku tygodniach go wypuścili, ale przez kolejny rok musiał się regularnie stawiać na przesłuchania. Sam nocami pracował nad swoją obroną. Większość znajomych i przyjaciół znikła, bali się kontaktu z nami, byliśmy jak zadżumieni.

Rodzice zdecydowali się na wyjazd z Polski.

- Nie od razu. Ojciec pisał do nas z aresztu, że to jego kraj, że nie będzie wyjeżdżać. Potem mama go przekonała, ale długo nie mogliśmy dostać zgody na wyjazd. Trwał przecież „proces” ojca, wciąż przesuwany, o kilka tygodni, miesięcy. Groziło mu kolejne więzienie; w końcu władze sprawę umorzyły. Mama też straciła pracę, musieliśmy zmienić mieszkanie.

Na drzwiach wejściowych pojawiały się napisy typu: „Szkoda, że Hitler z wami nie skończył”. Smarowano nam klamki mydłem i pisano, że szkoda, że nas nie przerobiono na mydło. Chłopcy z sąsiedztwa „odprowadzali” mnie do szkoły, szli za mną krok w krok i grozili, że mnie zgwałcą. To nie były tajne służby, tylko zwykli ludzie, nasi sąsiedzi. Wykorzystali okazję, żeby na nas coś odreagować, sami czuli się stłamszeni i próbowali sobie w ten sposób ulżyć. Było w tym wszystkim coś, co dawało się rozpoznać, bo zdarzało się już wcześniej w polskiej historii. I może dlatego tak łatwo wróciło.

Tak samo działo się w mojej szkole. Zawsze byłam towarzyska, miałam mnóstwo koleżanek, ale rodzice tamtych dzieci zaraz po Marcu musieli im powiedzieć, żeby się ze mną nie zadawały. Nagle zostałam sama. Miałam 15 lat i brałam do szkoły książkę, żeby jakoś przeżyć przerwy. Moi nauczyciele potrafili powiedzieć w klasie, że śmierdzi Żydem, a to ja byłam jedyną Żydówką. Wcześniej miałam świetne oceny, teraz nagle stały się złe.

Pozostała pani jedna, polska przyjaciółka. Napisała pani o niej w katalogu wystawy poświęconej Marcowi ’68 zorganizowanej parę lat temu w Sztokholmie.

- Tylko ona przy mnie trwała, miała na imię Grażyna. Już wcześniej ubierałyśmy się niemal tak samo, jeździłyśmy razem na wakacje, nocowałyśmy u siebie, taka dziewczyńska bliskość.

Była oburzona tym, co się dzieje. Jej rodzice chcieli, żeby zerwała ze mną kontakt – jej tata był milicjantem, więc musiało mu na tym bardzo zależeć. Grażyna robiła dla mnie rzeczy, o których nie wiedziałam, bo mi o tym nie mówiła. Chodziła do nauczycieli, którzy dawali mi złe oceny lub traktowali mnie z pogardą, i mówiła im, że nie wolno tak robić. Nagle jej stopnie też zaczęły lecieć w dół. Mówiłam jej, żeby się ze mną nie przyjaźniła, bo myślałam, że to kara właśnie za przyjaźń ze mną.
Któregoś dnia nie przyszła do szkoły. Pobiegłam do jej domu po lekcjach i okazało się, że Grażyna popełniła samobójstwo, włączyła gaz. Zostawiła list, w którym napisała, że nie chce żyć w takim kraju. Okazało się, że za bardzo zadarła z nauczycielami w mojej sprawie i w końcu dyrektor wezwał ją na rozmowę i wyrzucił ze szkoły.

Jej śmierć była dla mnie strasznym szokiem. A jej rodzice uznali, że to przeze mnie się zabiła. Jakoś to nawet rozumiem, bo byli w rozpaczy. Zażądali od szkoły, żeby mnie ukarano. Doszło do takiego absurdu, że szkoła złożyła na mnie doniesienie na milicję o spowodowanie śmierci koleżanki. Oczywiście milicja nie podjęła sprawy, ale zaszło to aż tak daleko. Zorganizowano też spotkanie z uczniami i nauczycielami, podczas którego miałam się przyznać do winy. Nie byłam w stanie wydobyć z siebie głosu, ale czułam się winna, że na czas nie zrozumiałam, co się dzieje. Nigdy nie zapomnę pogrzebu Grażyny.

Od tamtego czasu minęło wiele lat, zastanawiałam się nawet, czy czegoś nie przekręciłam w pamięci, nie wyolbrzymiłam, ale w 2008 r. odezwali się do mnie ludzie, którzy pamiętali tę historię, i potwierdzili to, co zapamiętałam.

Dziś jest pani szefową jednego z najbardziej prestiżowych tutejszych wydawnictw. Skąd ten sukces?

- To kombinacja wielu okoliczności. M.in. mieliśmy szczęście do czterech noblistów, których wydaliśmy, jeszcze zanim dostali Nobla. To Isaac Bashevis Singer, Czesław Miłosz, Octavio Paz i J.M. Coetzee.
Do tego mam pewną łatwość bycia widoczną i słyszalną w tym kraju. Mam inne niż Szwedzi punkty odniesienia, trochę inaczej się zachowuję. Tę sytuację dobrze ilustruje historia moich rozmów z Susan Sontag. Wydaliśmy wiele jej książek i na początku, kiedy się spotykałyśmy, za każdym razem mówiła: „Dorotea, co ty robisz w Szwecji? To taki mały kraj”.

Akurat Susan Sontag nie była do Szwecji szczególnie pozytywnie nastawiona, wystarczy wspomnieć jej krytyczny wobec tego kraju esej ”List ze Szwecji”..

- Powtarzała mi: „Przyjedź do Nowego Jorku”. Uważała, że tylko tam jest dynamizm i kreatywność. Jednak po jakimś czasie powiedziała „Wiesz, na pewno odniosłabyś sukces w Ameryce, ale tu nie ma wielu takich osób jak ty”. Był to i komplement, i zwykła konstatacja faktu. W Szwecji nie ma aż tak wielkiej konkurencji, więc jeśli się czegoś bardzo chce, można to zrealizować.

Imigrantom jest jednak dość trudno odnaleźć się na szwedzkim rynku pracy, obcy akcent niczego tu nie ułatwia.

- Ale i tak dużo się zmieniło. Kiedy przyjechałam do Szwecji w 1970 r., nie było mowy o tym, żeby dziennikarz telewizyjny nie był etnicznym Szwedem, z typowym szwedzkim nazwiskiem. W Sztokholmie nie było nawet restauracji serwujących międzynarodową kuchnię. Dziś imigranci wpływają na szwedzką kulturę, jedzenie, są dziennikarzami czy pisarzami.

Przyjechała pani do Szwecji jako 17-latka, a mając 22 lata, współzakładała pani szwedzkie wydawnictwo. Po drodze trzeba było się nauczyć nowego języka.

- Czuliśmy presję, żeby nauczyć się szwedzkiego tak szybko, jak tylko się da. Było trudno, nauka trwała i trwała, nie miałam pojęcia, że będzie aż tak. Mnie i tak było łatwiej niż rodzicom, którzy zbliżali się wtedy do sześćdziesiątki. Bo czym w ogóle jest poznanie nowego języka? Umiejętnością rozumienia? Pisania? Czy może zdolnością do bycia wydawcą?

Rozmawiała pani potem po polsku ze swoimi dziećmi?

- Nie, i są teraz na mnie złe, że nie podarowałam im tego języka. To nie było z mojej strony świadome odwrócenie się od polskiego – po prostu ich tata polskiego nie znał i nie chciałam, żeby czuł się wykluczony z naszych rozmów. A poza tym, żeby nauczyć dzieci swojego języka, trzeba z nimi w tym języku dużo rozmawiać, mieć dla nich czas, a ja zawsze dużo pracowałam, dokładnie tak jak dzisiaj.

Czy myśląc w nowym języku, stała się pani inną osobą?

- W Szwecji stałam się kimś innym, niż byłabym w Polsce, ale nie tylko ze względu na język. Wpadłam tu w zupełnie nową rzeczywistość.

Ot, choćby to, że w Polsce chodziłam do autorytarnej, konserwatywnej szkoły i nagle wylądowałam w szkole, która na początku lat 70. była skrajnie wolnościowa. Uczniowie wybierali, co będą czytać, czy chce im się przyjść do szkoły, czy nie, czy chcą mieć tego nauczyciela, czy innego. Do tego dziewczyny były wyzywająco ubrane i mocno wymalowane, prześcigały się w paleniu i aroganckim odnoszeniu się do nauczycieli, miały w torebce pigułki antykoncepcyjne. Wszystko było dozwolone, nie mogłam w to uwierzyć. Nic się nie zgadzało, nic nie pasowało. Mój sposób ubierania. Mój wygląd. Pochodziłam z Marsa.
Moim rodzicom też było trudno rozgryźć tutejsze kody kulturowe. Kiedyś np. zostaliśmy zaproszeni do miłych starszych państwa na kolację. Byliśmy elegancko ubrani, zostaliśmy powitani w przedpokoju, zdjęliśmy płaszcze, a wtedy gospodarze pokazali nam półkę na obuwie. Powiedzieliśmy, że ładna, myśląc, że może sami ją zrobili, i staliśmy tam dalej jak jacyś idioci. Okazało się, że uważali za oczywiste, że zdejmiemy buty, bo to jest w Szwecji normą, tymczasem dla mojej mamy zdjęcie butów było nie do pomyślenia. Miała na sobie dobrane do sukienki pantofle na obcasie i przymus ich zdjęcia wydał jej się skrajnie poniżający.
Każde z moich rodziców miało inne podejście do szwedzkich obyczajów, tak jak każde miało inne podejście do nauki nowego języka. Mama zaliczała się do osób, które nie będą mówić, dopóki nie poczują, że mówią dobrze. Uważała, że mówi po szwedzku jak dziecko, czuła się zażenowana błędami gramatycznymi, przez wiele lat ogromnie jej przeszkadzało to, że nie jest w stanie prowadzić po szwedzku rozmów na tym poziomie co po polsku. A tacie wystarczyła znajomość trzech słów i już mógł prowadzić rozmowy o Wittgensteinie. W ogóle się nie przejmował tym, że nie mówi dobrze. Dorzucił parę słów z francuskiego i niemieckiego i jakoś to szło.
Tata miał pozytywne nastawienie do życia, które po nim trochę odziedziczyłam. Był osobowością ofensywną i optymistyczną. W Szwecji od razu zaczął chodzić po wydawnictwach w poszukiwaniu pracy, miał przecież duże doświadczenie z Polski. Jednak nikt nie chciał go zatrudnić, bo nie znał szwedzkiego i był już w pewnym wieku.

A potem dwoje nikomu nieznanych imigrantów, ojciec i córka, dostało z banku sto tysięcy koron pożyczki, żeby założyć wydawnictwo Brombergs.

- Ta historia przede wszystkim mówi wiele o moim tacie. Sama miałam wtedy dwadzieścia parę lat i w ogóle mało co wiedziałam. Nie mieliśmy pieniędzy, nikogo w Szwecji nie znaliśmy, rodzice zarabiali minimalnie, pracując na uniwersytecie w Uppsali za państwową pensję dla imigrantów, a ja dostawałam zapomogę studencką.

Tata był dziecinnie nieświadomy ryzyka. Uznaliśmy, że na założenie wydawnictwa weźmiemy pożyczkę, więc chodziliśmy po bankach, gdzie przyjmowano nas bez wielkiego entuzjazmu. W końcu znaleźliśmy dyrektora banku, który był dostatecznie młody i niedoświadczony, żeby pożyczyć nam pieniądze na wydanie jednej książki. Tak jakby można było na jednej książce zbudować wydawnictwo! To była pożyczka pod zastaw malutkiego mieszkanka rodziców w Uppsali, które kupili za pieniądze pożyczone z kolei z urzędu ds. migracji. Ryzykowaliśmy zatem całe nasze nader kruche bezpieczeństwo.

Mama była na nas zła – a w naszym domu jej zdanie miało kolosalne znaczenie. W końcu udało nam się ją jakoś przebłagać, powiedziała: „OK, to teraz będziecie niszczyć szwedzkie lasy”. Bo mama, inżynier leśnictwa, bardzo wierzyła w lasy, w tej kwestii wyprzedzała swój czas, a tata robił wszystko, żeby te lasy zamieniać w książki: bo lasy lasami, ale bez Spinozy i wielkich filozofów nie bylibyśmy ludźmi.

Jaka była pierwsza książka wydana przez Brombergs?

- ”Gdy Chiny się przebudzą, świat zadrży” francuskiego polityka i pisarza Alaina Peyrefitte’a. Była dość głośna w Europie i tata nie rozumiał, dlaczego jeszcze nie ukazała się w Szwecji.

Nie mieliśmy wtedy w ogóle wyczucia w kwestii, co może się w Szwecji sprzedać. Kiedy poszliśmy do agentki literackiej, która reprezentowała w Szwecji tego autora, ostrzegała nas: „Nie róbcie tego”. Jednak tata był uparty. Powiedział, że wie, że to będzie bestseller. Kupiliśmy prawa, zatrudniliśmy aż trzech tłumaczy, zrobiliśmy mnóstwo głupstw, ale książkę i tak sprzedaliśmy. Mieliśmy szczęście, bo trochę wcześniej, w lutym 1972 r., Richard Nixon jako pierwszy prezydent USA odwiedził Chiny i zainteresowanie tym krajem się zwiększyło.

A potem szczęście uśmiechnęło się do państwa jeszcze szerzej.

- Kupiliśmy tanio prawa do sześciu książek prawie nieznanego w Szwecji Isaaca Bashevisa Singera. Agenci byli zdziwieni, bo wcześniej kilku tytułów Singera nie udało im się tutaj sprzedać. Wydawnictwa szwedzkie uważały, że nikt w Szwecji nie interesuje się żydowską kulturą. My uwielbialiśmy książki Singera, uważaliśmy, że są nie tylko wspaniałe, ale też łatwe w czytaniu, jak bajki.

Był październik 1978 r., właśnie mieliśmy wydać „Sztukmistrza z Lublina”, odbyłam spotkania z księgarzami i wróciłam do domu, triumfując, że mam zamówionych aż 750 egzemplarzy, więc możemy wydać „Sztukmistrza” w nakładzie 3 tys. Wtedy Akademia Szwedzka ogłosiła, że Nobla dostał Singer. I zamiast spodziewanych 3 tys. sprzedaliśmy 150 tys.

Wcześniej usiłowaliśmy zainteresować naszym wydawnictwem dziennikarzy, ale w ogóle nie zwracali na nas uwagi, a teraz nagle wszyscy byli po prostu zakochani nie tylko w Singerze, ale też w naszej historii. Otworzyły się przed nami wszystkie drzwi, napisano o nas kilometry artykułów. No i mieliśmy kolejne książki Singera, które też się świetnie sprzedawały, co dało nam pieniądze i możliwość wydawania pisarzy, na których wcześniej nie mieliśmy odwagi postawić, m.in. Miłosza, który też, dwa lata później, dostał Nobla. Kolejny sukces, prasa szwedzka wpadła w jakiś trans – bo oto małe wydawnictwo prowadzone przez imigrantów wydaje nagle kolejnego noblistę. Przecież wszystkie wydawnictwa o tym właśnie marzą.

Czym się musi odznaczać dobry wydawca?

- Ciekawością tego, co wokół, innych kultur. Ważną częścią naszej pracy jest też opieka nad pisarzem. Wydawca musi mieć dla niego czas, wspierać go na każdym etapie pracy nad książką. Trzeba przy tym być cierpliwym, co przychodzi mi z trudem, bo bywa, że pisarz musi wydać pięć książek, zanim któraś okaże się sukcesem. Trzeba więc być gotowym na tracenie pieniędzy, a to oznacza, że trzeba też umieć je zarabiać. Wydawca musi być dobrym sprzedawcą – i nie chodzi tylko o sprzedawanie samych książek, ale też o umiejętność rozmawiania z dziennikarzami, o ciągłą pracę nad promocją swoich autorów.

Dla powodzenia książki, o czym często się nie wie, kluczowa jest też praca redaktora.

- W Szwecji, USA czy Wielkiej Brytanii redaktor ma wysoką pozycję. To on, poza pisarzem i wydawcą, w największym stopniu angażuje się w tekst. To on jest tak naprawdę pierwszym krytykiem książki i może jej pomóc. Musi tylko naprawdę kochać słowo pisane. Tych ludzi zwykle nie widać, a przecież najlepsi pisarze mają też najwspanialszych redaktorów, którym często są tak wierni, że razem z nimi zmieniają wydawnictwa.

Rozmawiając z pisarzami z Polski, ale też z Czech i z innych krajów postkomunistycznych, odniosłam wrażenie, że redaktorzy to grupa zawodowa, która w Europie Środkowo-Wschodniej przeżywa kryzys. Coraz mniej jest też poważnych krytyków literackich.

Jaka jest przyszłość książki? Czy nie niepokoi panią inwazja tabletów, e-booków, audiobooków? Czy to zagrożenie dla czytelnictwa, dla wydawców?

- Audiobooki to prawdziwe błogosławieństwo! Uwielbiam słuchać książek, np. kiedy jadę samochodem, gotuję czy spaceruję. Audiobooki sprawiły, że literatura stała się ważna dla zupełnie nowych grup ludzi. W Szwecji działa np. stowarzyszenie kierowców ciężarówek – miłośników audiobooków.

A e-booki?

- Nie ma znaczenia, czy czytasz książkę na papierze, czy w swoim telefonie. Zresztą w Szwecji e-bookom daleko jeszcze do tej popularności, jaką mają w USA, gdzie np. w metrze książki na tabletach czyta nie tylko młodzież, ale też 80-latki. Starsi ludzie kochają tablety, bo mogą sobie na nich powiększać litery. Poza tym, jadąc na wakacje, można zabrać ze sobą 150 książek na jednym iPadzie.

Magiczna staje się też dostępność książek. Moja koleżanka była w jakimś urzekającym włoskim miasteczku i pomyślała, że musi być o nim jakaś książka. Weszła na stronę jednej z firm zajmujących się handlem internetowym i po trzech minutach miała w swoim iPadzie trzy książki na temat tego właśnie miejsca, w którym się znajdowała.

Oficyna Brombergs wydaje utwory polskich pisarzy, np. wspomnianego już Miłosza czy antologię polskiego reportażu w wyborze Macieja Zaremby. Czy myśli też pani o wydawaniu współczesnej polskiej prozy?

- Nigdy nie straciłam zainteresowania polską kulturą i teraz też czekam niecierpliwie na odkrycie nowych polskich prozaików, na pisarzy potrafiących naprawdę dobrze opowiadać o tym, jak dziś żyje się w Polsce. Oczywiście znam wielu świetnych pisarzy polskich, zwłaszcza reporterów, eseistów i poetów, ale brakuje mi właśnie powieściopisarzy, tych, którzy potrafią opowiadać uniwersalne i poruszające historie zrozumiałe dla czytelników na całym świecie, a nie tylko dla tych w kraju. Jestem przekonana, że niedługo pojawi się w Polsce nowa generacja pisarzy, którzy będą pisać właśnie takie książki, a ja będę wtedy z radością wydawała je w Szwecji. Mimo tego, co mnie spotkało, polski nadal jest moim językiem ojczystym, choć czasem brakuje mi słów, gdy mówię po polsku. Za to kiedy jestem zmęczona i niewyspana, automatycznie zaczynam po polsku liczyć.

Jakie ma dla pani znaczenie tocząca się dziś w Polsce otwarta dyskusja nie tylko na temat Marca ’68, ale w ogóle polskiego antysemityzmu, polskiej winy?
- Duże, o ile tylko jest szczera. Zarazem przez te wszystkie lata miałam dość mało kontaktów z Polską. W przeciwieństwie do wielu innych polskich Żydów, którzy mieszkają w Szwecji, ale czują się mocno związani z Polską, zachowałam dystans. Moje pomarcowe przeżycia na pewno zabarwiły mój stosunek do Polski, pewnie nawet jestem trochę uprzedzona.

W Szwecji też istnieją różne odmiany rasizmu, np. w parlamencie zasiada wroga imigrantom partia. Ale antysemityzm nie rozwinął się tu aż tak bardzo, bo tutaj po prostu nigdy nie było wielu Żydów. Jestem też pewna, że większość Szwedów rasizmu nie akceptuje.

Za to w Polsce naprawdę było kiedyś tak, że można było używać słowa „Żyd” jako przekleństwa i było to akceptowane. W 1968 r. w Polsce prawie już nie było Żydów. Moja rodzina nie podtrzymywała żydowskich tradycji, mówiliśmy tylko po polsku, nie byliśmy religijni. Oczywiście, gdybyśmy nawet te tradycje szanowali, i tak powinno się nas było zostawić w spokoju, ale nienawiść, którą wywoływaliśmy, była nieproporcjonalna. Dlaczego tak łatwo udało się wtedy rozpalić tę iskrę? Dlaczego nasi sąsiedzi w Warszawie tak łatwo dali się wciągnąć w nagonkę na nas?

Inaczej niż wielu moich znajomych o polskich korzeniach ja sama ciągle jeszcze jestem w drodze do Polski. Ale naprawdę chciałabym odkryć i poczuć, że Polska się zmieniła.

*Dorotea (Dorota) Bromberg – szwedzka wydawczyni, szefowa wydawnictwa Brombergs, które ma wśród swoich autorów takich pisarzy, jak J.M. Coetzee, Umberto Eco, Jonathan Franzen, Elfriede Jelinek, Nicole Krauss, Ian McEwan czy Roberto Saviano. Znana szeroko z działalności na rzecz promocji literatury i jej autorów. Córka Adama Bromberga (1912-93), wydawcy, dyrektora PWN w latach 1953-65, od 1970 r. mieszkającego w Szwecji, gdzie w 1975 r. założył z Doroteą wydawnictwo Brombergs

Artykuł ukazał się w Magazynie Świątecznym, Gazety Wyborczej, 09.03.2013

Na zdjęciu pochądzącym ze zbiorów prywatnych Dorotei Bromberg widać ją i jej ojca, Adama Bromberga w pierwszych latach działalności wydawnictwa Brombergs