Emigracja jest wielogłosem

Katarzyna Tubylewicz: Emigracja jest wielogłosem

rozmawiała MAŁGORZATA MURASZKO 02-11-2016

- W Polsce ceni się patriotyczną swojskość, zwłaszcza ostatnio. Aby emigrantki zostały usłyszane, muszą mówić bardzo donośnym głosem – mówi pisarka mieszkająca w Polsce i Szwecji Katarzyna Tubylewicz. Będzie jednym z gości projektu Muzeum Emigracji „Emigrantki własnym głosem”.

Kobiety emigrują i jest to zjawisko coraz bardziej spotykane. Emigrowała Maria Skłodowska-Curie, emigrowała Helena Modrzejewska ale emigrują też literatki. O różnych obliczach kobiecej emigracji traktuje projekt „Emigrantki własnym głosem”

Małgorzata Muraszko: Rozmawiamy w związku z projektem Muzeum Emigracji w Gdyni „Emigrantki własnym głosem”. Nie mogę więc nie zapytać – jaki jest głos emigrantki?

– Jest to przede wszystkim wielogłos, bo nie ma czegoś takiego jak jedno, uniwersalne doświadczenie emigracji. Czym innym jest na przykład emigracja „za pracą”, a czym innym „za mężem”, czym innym jest wyemigrować do kraju europejskiego, z którego samolotem tanich linii lotniczych można w godzinę przylecieć do Polski, a czym innym wyjechać do USA czy do Australii. Inaczej przeżywa emigrację młoda dziewczyna po studiach, dla której wyjazd jest przygodą, a inaczej zdesperowana kobieta po czterdziestce, bez znajomości języka, która zostawia pod opieką męża czy rodziców trójkę dzieci, a zagranicą skazana jest na sporo upokorzeń, bo przecież nie czeka na nią dobra praca. Na pewno wszystkie emigrantki łączy to, że bardziej lub mniej świadomie zanurzają się w nową kulturę i w nowy język, co najczęściej jest rozwijające, ale bywa też traumą.

Piszące emigrantki patrzą na ten temat inaczej?

– Myślę, że często wyraźniej widzą Polskę, bo dystans wyostrza wrażliwość, na przykład na charakterystyczne cechy polskiego społeczeństwa. To również wielka szansa na to, by lepiej zrozumieć naturę ludzką, to, co w niej jest uniwersalne i autentyczne, a co jest jedynie częścią różnych kodów społecznych i kulturowych. Dla mnie kobieta, która wyjechała to niezależna wolnomyślicielka. Jednocześnie fakt, że nie mieszka w kraju na stałe, czyni je podwójnie inną. Emigrantki są nie tylko kobietami, ale jeszcze w dodatku kobietami dwukulturowymi, już nie do końca „swoimi”, a w Polsce ceni się patriotyczną swojskość, zwłaszcza ostatnio. Aby emigrantki zostały usłyszane, muszą mówić bardzo donośnym głosem.

Z czym muszą się mierzyć Polki wyjeżdżające z kraju? Czy potrafią się integrować i odnajdują się w nowym miejscu?

– Kobiety na ogół łatwiej znoszą emigrację, bo mają większą od mężczyzn elastyczność i zdolność adaptacji oraz mniej rozdęte ego. Nie żeby wszyscy mężczyźni je mieli, ale częściej im się to zdarza, a narcyzm szkodzi na emigracji, bo pierwsze kroki w nowym kraju to duża lekcja pokory, trzeba nauczyć się nowych kodów kulturowych, trzeba doszlifować język, wsłuchać w ludzi o innej perspektywie i innych doświadczeniach niż my. Nie można chodzić po Londynie wściekając się na „Angoli” i pielęgnując w sobie poczucie narodowej wyższości. To do niczego nie prowadzi. Polki, które wyjeżdżają do Europy Zachodniej, a już zwłaszcza do Skandynawii z reguły zaczynają czuć, że są jako kobiety lepiej traktowane, a to dodaje skrzydeł.

Poza tym każdy emigrant, bez względu na płeć, wyjeżdżając z kraju w pewnym sensie traci wszystko, a już na pewno swoją dotychczasową pozycję i kontakty. Musi zbudować siebie od nowa. To transformujące doświadczenie, które akurat dla Polaków jest dziś prostsze niż kiedyś, bo jak na razie nie powróciliśmy do epoki uchodźctwa politycznego. Dola uchodźcy niesie w sobie wszystkie traumy emigracji, tylko że są one zwielokrotnione. Uchodźca nie może wsiąść do samolotu i wrócić, jak mu się w nowym kraju znudzi, a emigrant zawsze ma tę możliwość, zawsze ma poczucie otwartych drzwi.

Często w polskiej literaturze mówi się o emigrantach, ale temat kobiet wyjeżdżających z kraju jest przemilczany. Dlaczego?

– Bo Polska jest krajem patriarchalnym. W szkołach na lekcjach polskiego poznajemy historię naszej literatury, która jest cała emigracją podszyta, ale wśród poruszających ten temat pisarzy, których utwory należą do kanonu, są tylko mężczyźni. Brak zainteresowania kobietami emigrantkami zostaje nam więc wbity do głowy na etapie czytania romantyków i potem tak to już zostaje i nie tyczy się, szczerze mówiąc, jedynie emigrantek. Nawet światli ludzie w naszym kraju lubią podkreślać, że bez przesady, aż tak źle u nas nie jest, kobiety mają się dobrze, w końcu nie jesteśmy Arabią Saudyjską. Oczywiście należy iść na czarny protest, ale nie trzeba się już burzyć, że to mężczyźni dostają więcej nagród literackich i że to tzw. męskie tematy uchodzą za bardziej uniwersalne. Tak naprawdę to jest już sporo książek, które poruszają losy kobiet wyjeżdżających z kraju, pisały o nich na przykład Wioletta Grzegorzewska, Manuela Gretkowska i Grażyna Plebanek. Ja poruszam ten temat w każdej z moich powieści. Nie jest to więc temat przemilczany przez współczesną literaturę, ale nie jest też głośny medialnie, choć wydawałoby się, że w kraju, z którego wyjeżdżają takie tabuny ludzi, powinien być istotny. W mojej ostatniej książce „Ostatniej powieści Marcela” pisałam o losie Eurosieroty, dziewczyny, której mama wyjechała do Wielkiej Brytanii. To był temat ważny dla czytelników, zwłaszcza we wschodniej Polsce, ale nie zainteresował specjalnie recenzentów, pisali raczej o innych wątkach.

Cały wywiad znajdziesz tu:http://cojestgrane24.wyborcza.pl/cjg24/1,13,20923728,0,Katarzyna-Tubylewicz–Emigracja-jest-wieloglosem.html?geolok=Gda%C5%84sk&utm_source=trojmiasto.wyborcza.pl&utm_medium=box_CJG_HP