Czytanie nie boli

Szwedzi mają nas uczyć czytać? Skąd pomysł na publikację zestawiającą stosunek do książki w Szwecji i w Polsce?

– Nie chodzi o to, żeby Szwedzi nas uczyli, ale warto porównać sytuację czytelnictwa oraz rynek książki w Polsce i w Szwecji, a także zaczerpnąć inspirację z niektórych szwedzkich rozwiązań. Polska od dłuższego czasu przeżywa poważny kryzys czytelnictwa, a statystyczny Szwed czyta 20 minut dziennie, choć i tu mówi się o problemach, np. o tym, że niedostatecznie dużo czytają młodzi chłopcy. Szwecja to jednak wciąż kraj, w którym czytanie jest ważne, modne i prestiżowe. Tam się dba o biblioteki, a pisarzy i tłumaczy reprezentuje bardzo silny (i zamożny) związek zawodowy, co korzystnie wpływa na ich sytuację zawodową w wielu wymiarach, od wysokości tantiem po możliwość uzyskiwania stypendiów czy otrzymywania godnych honorariów za spotkania autorskie w bibliotekach. Szwecja potrafi też eksportować swoją literaturę w świat i nie dzieje się to samo z siebie, bo na tym rynku nie tylko działają niezwykle skuteczni agenci literaccy, ale także każde wydawnictwo stawia na promocję swoich książek na rynkach zagranicznych, a w tym zakresie mamy w Polsce jeszcze sporo do zrobienia.

Bardzo dobrze znam zarówno Szwecję, jak i Polskę. Przez wiele lat szefowałam Instytutowi Polskiemu w Sztokholmie, dzięki czemu dogłębnie poznałam różnice w myśleniu o polityce kulturalnej i metodach jej realizowania, uznałam więc najpierw, że warto stworzyć książkę o promocji czytelnictwa w Szwecji, która może stanie się kolejnym elementem ważnej polskiej debaty o tym, jak promować literaturę i czytelnictwo.

Pomyślała pani i co dalej?

– Na mój pomysł przystała wspierająca projekt od samego początku ambasada Szwecji w Warszawie, a kiedy książkę zdecydowała się wydać Krytyka Polityczna i wsparł ją Instytut Książki, zaczęliśmy myśleć o rozszerzeniu tematu i przygotowaniu publikacji zawierającej także rozmowy z Polakami zajmującymi się promocją czytelnictwa oraz pracującymi na rynku książki. I tak do rąk czytelników trafia antologia tekstów oraz wywiadów, które nie tylko wiele mówią o literaturze i czytelnictwie, ale także są ciekawym obrazem dwóch krajów i mentalności.

Dlaczego akurat doświadczenia szwedzkie mają być warte naszej uwagi?

– Bo Szwecja jest jednym z tych krajów na świecie, które mają najwyższy poziom czytelnictwa, i słynie z tego nie od dziś. Przecież ten stosunkowo mały kraj gdzieś na północy Europy przyznaje Nobla, czyli najważniejszą na świecie nagrodę literacką, i znany jest naprawdę wszędzie, od Paryża do Dubaju, nie tylko ze swoich kryminałów, ale także z genialnej literatury dziecięcej. Międzynarodowy sukces szwedzkiej literatury to fascynujące zjawisko, zważywszy na to, że literatura ta jest pisana w języku, którym mówi zaledwie 9 mln ludzi!

Które szwedzkie rozwiązania, pomysły są najlepsze? Które z nich, pani zdaniem, najłatwiej i najkorzystniej byłoby przenieść do Polski?

– Szwedzi to naród ceniący zdrowy rozsądek, czyli sunt förnuft, co powoduje, że także w myśleniu o promocji literatury są pragmatykami. Mają w całym kraju doskonały system ściśle ze sobą współpracujących bibliotek, a działalność instytucji państwowych zajmujących się promocją czytelnictwa jest dobrze skoordynowana. To zwiększa efektywność i pozwala na oszczędzanie pieniędzy. Od lat stawia się tam w większym stopniu na mądry pozytywizm niż na spektakularne projekty bez kontynuacji.

Czyli bez naszej romantycznej fantazji, bez garści szaleństwa?

– No właśnie. W Polsce bardzo dużo pieniędzy na kulturę wydaje się w sposób wariacki, ad hoc, na różne jednorazowe uderzenia. W jednym roku stawia się na wielką promocję polskiej kultury w Turcji, w następnym promuje się tylko Chopina, a w kolejnym priorytetem jest Tadeusz Kantor i jego teatr. Wszystkie te działania mają teoretycznie sens, ale przez to, że bardzo często są wspomnianymi jednorazowymi uderzeniami, niewiele osiągają na dłuższy dystans, bo rzeczywistości i świadomości ludzkiej nie da się zmienić w ciągu roku. Nie wystarczy organizacja jednego, za to wyjątkowo drogiego Kongresu Kultury Europejskiej. Nie wystarczy postawienie na jeden festiwal literacki. Szwedzi to rozumieją, toteż podejmują działania długofalowe, choć często mniej spektakularne. Dużo od Polski bogatsza Szwecja miała znacznie skromniejszy program kulturalny w czasie prezydencji w UE, ale nigdy nie oszczędzała na swoich bibliotekach i stypendiach dla pisarzy czy tłumaczy. Zastaw się, a postaw się – ten styl obowiązuje u nas często nie tylko w sferze obyczajowej, ale także w myśleniu o kulturze (choć są świetne wyjątki, np. konsekwentna, pomyślana na lata działalność Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej). Tymczasem choćbyśmy nie wiem ile pieniędzy wydali na organizację różnego typu wielkich, ale jednorazowych wydarzeń kulturalnych na całym świecie, nie przebijemy trwałej rozpoznawalności, jaką daje Szwecji światowa popularność Astrid Lindgren czy kryminałów Stiega Larssona.

Różnice w poziomie kultury czytelniczej są być może również konsekwencją odmiennych doświadczeń historycznych? W pochodzącym z publikacji „Szwecja czyta. Polska czyta” tekście Mai Chacińskiej jest mowa o tym, że kiedy Szwecja przyjęła w 1592 r. luteranizm, tamtejszy Kościół zaczął wymagać od wiernych znajomości Biblii i katechizmu – nie ze słyszenia, tylko z lektury własnej. W 1686 r. w prawie kościelnym znalazł się zapis o dążeniu do powszechnej umiejętności czytania. No i w połowie XIX w. ok. 80% Szwedów było piśmiennych, a Polaków 20-30%.

– Według szacunkowych danych, w 1850 r. w Skandynawii umiało czytać 80% ludności, w Polsce, jak w innych krajach katolickich, np. w Hiszpanii czy we Włoszech, czytało wtedy zaledwie 20-30% społeczeństwa. Maja Chacińska wspomina też o tym, że opisujący swoją podróż do Szwecji na początku XIX w. szkocki ewangelista John Petterson stwierdzał, że trudno spotkać Szweda powyżej 10.-12. roku życia, który nie umiałby czytać. Tak więc protestantyzm odgrywał bardzo silną rolę kulturotwórczą. Protestantyzm i egalitaryzm. Jeden z moich rozmówców, tłumacz literatury polskiej na szwedzki, Stefan Ingvarsson, mówi w wywiadzie: „W Szwecji istnieje silne przekonanie, że ludzie wykształceni muszą promować kulturę i czytelnictwo wśród wszystkich warstw społecznych. Natomiast w Polsce silny jest elitaryzm i przekonanie, że istnienie ciemnych mas to jakieś prawo przyrody, że tak zawsze było i będzie, że to normalne w każdym społeczeństwie”. Myślę, że jest to kluczowa i boleśnie prawdziwa obserwacja, która odzwierciedla się nawet w języku mówienia o promocji czytelnictwa. W Szwecji jest on prosty i zrozumiały, w Polsce bywa hermetyczny.

Wspomniała pani jednak, że szwedzcy chłopcy coraz mniej czytają.

– Ostatnie badania czytelnictwa wykazały, że bardzo wielu chłopców nie czyta. Od razu pojawiło się pytanie: co robią w wolnym czasie? Otóż najczęściej grają w piłkę. Co więc robi zajmująca się promocją czytelnictwa Szwedzka Rada Kultury? Stawia na współpracę z trenerami w klubach sportowych! Wychodzi się bowiem z założenia, że trenerzy mają autorytet u lubiących sport młodych ludzi i jeżeli to oni zaczną zachęcać chłopców do czytania, jeżeli będą mieli jakieś książki w sportowej szatni albo w autobusie wiozącym młodzież na zawody, zwiększy się prawdopodobieństwo, że młodzi sportowcy autorytetu posłuchają i sięgną po słowo drukowane. Na pewno szybciej, niż gdyby przyszła do nich bibliotekarka. Uważam, że to genialne, bardzo rozsądne i pragmatyczne. W Polsce w tym czasie organizuje się narodowe czytanie Sienkiewicza… Obawiam się, że nie jest to sposób na dotarcie do młodzieży. Szwedzkie myślenie instytucjonalne od wieków nastawione jest na to, co i jak zrobić, by dotrzeć do wszystkich. Bo czytanie jest tam uważane za ważny element demokracji i nie ma mieć charakteru elitarnego.

Czy dostrzega pani różnice między współczesną literaturą polską i szwedzką? Może w ewentualnych różnicach jest jakiś powód różnego zainteresowania czytelnictwem? Poraziła mnie informacja o wysokości nakładu powieści „Bez opamiętania” w Szwecji. 200 tys. egzemplarzy! A u nas 2-3 tys.

– Dostrzegam jedną podstawową różnicę. W Szwecji na pytanie, co jest najważniejsze w literaturze, krytycy i pisarze odpowiedzą zgodnie: opowieść, dobra historia. W Polsce odpowiedź na to pytanie brzmi zazwyczaj: język. Z tej przyczyny Szwecja ma zdecydowanie ciekawszą tradycję powieściową, a Polska lepszych poetów. Sukces książki „Bez opamiętania” Leny Andersson, ambitnej powieści o miłości napisanej czystym, pięknym językiem traktatu filozoficznego, pokazuje, że Szwecja nie jest jedynie krajem kryminałów. Wydawca Leny Andersson, Richard Herold, słynie z tego, że czyni bestsellerami książki, w których sukces komercyjny nikt nie wierzy. W rozmowie ze mną powiedział, że jego dewiza to wydawać książki, w które się wierzy, bo są tego warte, i wkładać w nie maksimum pracy (w przygotowanie, redakcję, promocję itp.), bo wtedy któreś z nich staną się bestsellerami. Woli to niż agenta przynoszącego mu nową trylogię kryminalną, za którą wydawnictwo musi zapłacić 2 mln koron zaliczki i zobowiązać się do zainwestowania w reklamę telewizyjną itp. Uważa wręcz, że planowanie z góry, że jakaś książka będzie bestsellerem, a inna nie ma na to szans, jest destrukcyjne i prowadzi do lekceważenia autorów. Pewnych rzeczy nie da się przewidzieć. Metoda Herolda to wypuścić książkę na rynek, zapewnić jej grupę opiniotwórczych czytelników, obserwować, co się dzieje, i jeżeli o książce zaczyna się mówić, dopiero wtedy wydać duże pieniądze na promocję. W Polsce coraz więcej wydawnictw chce osiągnąć błyskawiczny sukces finansowy bez włożenia pracy w jego przygotowanie. To stąd te dziwaczne pomysły, by wrzucać na rynek niezwykle dużo tytułów, bo może któryś się przyjmie, może któryś „załapie”….

Całą rozmowę przeczytasz na stronie PrzegląduCzytanie nie boli